Zakupy w Niemczech: gdzie warto zajrzeć?

Dzięki takim wpisom na blogach podczas wyjazdu zajrzałam do kilku sklepów, które normalnie zapewne po prostu bym minęła. Postanowiłam więc podzielić się swoimi doświadczeniami.


Z góry zaznaczam, że wpis jest raczej spontaniczny niż poparty rzetelnym reaserchem, bo wyjechałam nie na „shopping”, a zgoła w innym celu. Zakupy zrobiłam przy okazji, a niektóre ciekawe sklepy odkryłam zupełnie przypadkiem.

Czego nie kupiłam?


Od razu też zaznaczę, że w ogóle nie wchodziłam do sklepów z ubraniami. Nie potrafię więc odpowiedzieć na pytania o wyprzedaże w takich sklepach za Odrą.

Wpis podzielę na dwie części i na początek pokażę Wam zakupy niekosmetyczne, bo kosmetyków nakupiłam tyle, że sama się nie mogę nadziwić (i to jest Wasza wina!).

Z kolei jedzenia wyszło dziwnie mało. W ogóle nie kupiłam przypraw ani tureckich specjałów, na które się nastawiałam. Nie udało mi się dotrzeć do tureckiego marketu. Szkoda. ;-(

Dziwne rzeczy porobiły ze mną te blogi. Przez całe lata przywoziłam sobie z wyjazdów głównie jedzenie...

Żelki


Udało mi się za to ograniczyć zakupy moich ulubionych, niedostępnych w Polsce żelków i pysznych herbatek. Teraz bardzo żałuję, że mi się to udało. ;-(

Żelki już prawie „wyszły”. ;-( I już za nimi tęsknię! 


Najbardziej lubię czarne, twarde żelki lukrecjowe. Te różowe zajączki ze zdjęć są bardziej „tradycyjne” - jak żelki znane z polskich sklepów, tylko te przywiezione są wegańskie. Nie zawierają żelatyny, karminu i innych substancji pochodzących ze zwierząt. Poza tym są pyszne.


Twardych żelków lukrecjowych nigdy w Polsce nie widziałam. Do niedawna nie było u nas nawet miękkich lukrecjowych. Teraz są, ale tylko w jednym sklepie je znalazłam.

Sowy


Poza tym nie mogłam się oprzeć sowom. Jakaś moda na sowy panuje w Niemczech. Gdzie nie weszłam – były jakieś sowy. Czy to sklep z wyposażeniem wnętrz, czy z zabawkami, czy też może spożywczak. Sowy patrzyły wielkimi oczami z wystaw droższych sklepów i z tych „wszystko za 1 euro”.





Sklepy charytatywne


Moim największym odkryciem okazały się charytatywne sklepy, do których ludzie przynoszą niepotrzebne im rzeczy i są one sprzedawane za niewielkie sumy, przeznaczane na cele dobroczynne. Można tam trafić na książki (w różnych językach!) w świetnym stanie i dobrej jakości ubrania (działów z ubraniami nie „zwiedzałam”, głównie z braku czasu, ale widziałam rzeczy tam nabyte za grosze). Można też kupić tam zabawki, płyty i artykuły wyposażenia wnętrz. Dostawałam tam istnego oczopląsu. Zwłaszcza na widok ceramiki – czasem klasycznej porcelany wystawionej za nieprzyzwoicie niskie ceny.

Gdybym pojechała tam samochodem, wracałby bardzo wypchany. Jednak wiem jak bywa traktowany bagaż rejestrowany na lotniskach, więc wolałam się oprzeć pokusie, niż potem wytrząsać z niego okruchy...

No, prawie się oparłam... Kupiłam dwa malutkie porcelanowe spodeczki malowane w tzw. stylu włoskim, na charakterystyczny dla regionu kolor niebieski. Za oba zapłaciłam... 1 euro...

Ekomarkety i ekosklepy


Kolejnym odkryciem były ekomarkety i sklepy z ekologiczną żywnością i naturalnymi kosmetykami. Wiele z nich (nie tylko te „made in Germany”) ma tam znacznie niższe ceny niż w Polsce. Poza tym jest ich dużo, a wybór towarów w niektórych naprawdę zadziwia. Przed półką z ilomaś rodzajami oleju kokosowego stanęłam jak wryta – nie wiedziałam, że tyle tego może być!

Jedzenie


W przeciwieństwie do wielu blogerek nie tylko nie unikam laktozy, słodyczy, glutenu i innych węglowodanów, ale wprost przeciwnie – ja głównie tym się żywię. :-)

Spodobał mi się więc duży wybór słodyczy – poza żelkami także rozmaitych czekolad i czekoladek. Oraz „nutellopodobnych” smarowideł. Pralinki, tabliczki i batoniki - na słodko, na słono z rozmaitymi nadzieniami... Żałowałam, że nie mogę spróbować wszystkiego.

Jestem też pod wrażeniem wielkiego wyboru serków w smakach, z jakimi w Polsce w ogóle się nie spotkałam. Próbowałam serków o smakach inspirowanych Indiami, Hiszpanią, kuchnią arabską i latynoamerykańską; z papają, czekoladą, ciekawymi zestawieniami ziół i nie pamiętam, czym jeszcze...

Gdybym była tam dłużej, pewnie przetestowałabym wszystko, jak leci, po kolei. :-) Uwielbiam odkrywać nowe smaki i ich ciekawe zestawienia. Jedzenie jest dla mnie ważne i traktuję je bardziej jako fascynujący świat, niż jako źródło różnych substancji.

Napisałabym jeszcze coś o piwach (zwłaszcza ciemnych...), ale nie chcę ryzykować, że zostałabym uznana za jakąś demoralizatorkę młodzieży. ;-)

Zakupy kosmetyczne poczynione pod wpływem blogerek, zasługują na osobny wpis, który postaram się przygotować jak najszybciej.

Teraz tylko zastanawiam się, ile osób w blogosferze interesują zakupy tego rodzaju, co powyższe... ;-)


51 komentarzy:

  1. Też kocham słodycze i inne "nie zdrowe" jedzenie
    Sówki piękne , wcale się nie dziwię że ten motyw stał się bardzo modny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sówki mnie rozbroiły. W ogóle lubię sowy, więc motyw bardzo dla mnie. :-)

      Naprawdę niezdrowego jedzenia (fast-food i "plastik") nie lubię, ale nie uważam, że słodycze, chleb, makaron, itp. są niezdrowe. ;-)

      Usuń
  2. świetne zakupy muszę się jak najszybciej wybrać tam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli chodzi o serki czekoladowe, to i u nas można dostać :) Filadelfia ma serek o smaku milki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, ale tam ta Filadelfia jest o połowę tańsza i prawie dwa razy większa! Ale są jeszcze lepsze serki innych firm - takie "puchate". :-)

      Usuń
  4. Una - ja też z tych wszystko-jedzących blogerek ehehe ;)
    Staram ale i mnie te sówki ujmują a i pożelkowałoby się ..
    Ja nigdy w świecie nie przywoziłam z wojąży kosmetyków..do czasu oczywiście hehe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w sumie nie jem wszystkiego, ale nie uważam, że węglowodany i mleczne produkty są niezdrowe, ale wiem, że wiele osób w blogosferze ich unika.

      Tez nigdy nie przywoziłam kosmetyków. Jeszcze 2 lata temu np. nie wiedziałam, co to DM i przechodziłam obok obojętnie. :-)

      Usuń
  5. Sowy są przecudne :) W sklepie charytatywnym byłam w Anglii i kupiłam sobie parę książek Kinga po angielsku, fenomenalnie się go czyta. Bardzo fajna idea takich sklepów. Generalnie w różnych miastach organizuje się zbiórkę takich rzeczy, podjeżdża samochód i ludzie oddają niepotrzebne im rzeczy. Tylko niestety niektórzy nauczyli się to wykorzystywać na własną korzyść i podjeżdżają w umówione miejsca trochę wcześniej lub urządzają własne "zbiórki" - stąd się w większości bierze odzież prosto z Wielkiej Brytanii w sklepach z odzieżą używaną :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Niemczech też były książki po angielsku, dwie - świetne, ale dałam sobie spokój, bo już je czytałam i mam po polsku, a w domu mam aż za dużo książek.

      Idea takich sklepów bardzo mi się podoba!

      Szkoda, że niektórzy tak to wykorzystują. Masakra ;/

      Nie wiedziałam tego, a jest to wkurzające.

      Usuń
  6. Oj ja bym chyba postawiła na te żelki oraz czekoladę, dużo czekolady!:D no i oczywiście kupiłabym ze sto rzeczy w dm;]

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja akurat nie cierpię żelków lukrecjowych :P I w Niemczech szczerze mówiąc brakuje mi polskich słodyczy. Ciężko tu trafić np na smaczne ciasta i ciasteczka na wagę, a ja je uwielbiam :( Są wszelkie międzynarodowe marki typu Oreo, Mars, Nutella i czasem smakują lepiej niż te produkowane na polski rynek, ale mi brakuje właśnie takich sklepików i piekarni z dobrym wyborem słodyczy na wagę. Tu wszystkie piekarnie są sieciowe i wszystkie mają te same drożdżówki, pączki itd.....Po pewnym czasie to zniechęca.
    Za to ekosklepy są faktycznie świetne, szczególnie oleje :) I sowy są wszędzie, to fakt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ekosklepów i sówek Wam zazdroszczę. A o ciasteczkach - wiem. Musiałam tam zawieźć wafelki, polskie ciasteczka i krówki. I słodycze z Wawelu! :-)

      Zgadzam się, że pieczywo w Polsce jest lepsze - zwłaszcza, że mieszkam w okolicy placu z wieloma małymi piekarenkami. To samo dotyczy warzyw i owoców - tańsze i ładniejsze mam tutaj.

      Usuń
  8. Wiedzę, że mania na sówki nie przechodzi :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Uno żelki to mój ulubiony dopalacz w górach ;) niestety lukrecji nie mogę jeść :( świetne zakupy! Sówki urocze :) w sklepach z naturalnymi kosmetykami i eko żywnością jak nic bym przepadła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-)

      Też lubię ten dopalacz! Choć teraz z kolei w porządne góry nie mogę pójść (brak mi ich bardzo).

      W tych sklepach naprawdę można przepaść!

      Usuń
  10. Uwielbiam sówki:) Żelki może mniej ale te serki o różnych smakach...zjadłabym:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pyszne są.

      A sówki też lubię bardzo!

      Usuń
  11. Sowy baaaardzo mi się podobają. Nie wiedziałam o sklepach charytatywnych, to wspaniały pomysł! :) A ekosklepy - mogę sobie o nich tylko pomarzyć (wiem, że w Polsce też je mamy, ale nie oszukujmy się, ceny w nich są wygórowane, wybór niewielki, a i data ważności towarów potrafi pozostawiać co nieco do życzenia).
    Słodycze też uwielbiam, niestety bardzo mi nie służą. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety u nas jest właśnie tak, jak piszesz. ;-(

      Usuń
  12. Jeżeli miałabym sama wyjechać w te rejony to pewnie, że ten post by mi się przydał;p Czekam jeszcze na ten kosmetyczny - bo Sis będzie przez Niemcy do Holandii jechać to może mi coś przywieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się dziś, najpóźniej jutro obrobić zdjęcia i napisać!

      Usuń
  13. Sówki są super :D
    A sklepy charytatywne dotarły również do Polski. Jakiś czas temu natrafiłam na taki we Wrocławiu i kupiłam dwie książki... każda po 2 zł. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! niech dotrą i działają tak, jak tam! Sama chętnie oddałabym tam trochę rzeczy! I pewnie kupiła też wiele.

      Usuń
    2. Ja nigdy takiego sklepu nie spotkałam, a szkoda, bo chętnie zrobiłąbym tam zakupy i wsparła szczytny cel.

      Usuń
  14. Gumeczki po prostu przesłodkie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-)

      Przybory szkolne młodsze pokolenie przygarnie. Ale reszta moja. :-)

      Usuń
  15. bardzo ciekawy blog ;)

    Zapraszam do siebie przerabiam ubrania DIY.

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo ciekawy wpis i te sówki. :) Co do słodyczy, uwielbiam je. :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ale te sówki przeurocze ;))

    OdpowiedzUsuń
  18. Mater, uwielbiam sówki, syn nawet pościel ma w sowy :D
    Już wiem skąd wszędobylska moda u Nas :D

    Dodaję do obserwowanych i zapraszam do mnie :)
    http://rajkozaczka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  19. te czarne? o jaaa... u mnie zawsze zostają na koniec, bo nikt ich nie chce :P

    OdpowiedzUsuń
  20. Jakie przepiękne zdjęcia! Moja siostra ma manię na punkcie sów !:)
    www.llealicious.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  21. Una ja w Niemczech jestem zawsze samochodem - bo łatwiej mi się wraca do domu ha ha ha :D
    Żelek kupuję tony ! - Bo są najlepsze!
    Czekolady i inne słodycze również
    Jedyne czene lubię w Niemczech to chleb - za nic nie mogę się przemóc do ich wyrobów pieczywa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to masz świetnie! :-) Możesz przywieźć dużo rzeczy.

      Ja byłam jakby z drugiej stroni Niemiec. Tam lepiej lecieć samolotem. Zamiast min. kilkunastu godziny w samolocie, jest się na miejscu w ok. półtorej godziny. :-)

      Co do niemieckiego pieczywa - masz rację. Nie jest specjalne.

      Usuń
  22. Ja też się zajadam słodyczami, na moje nieszczęście ;( ale ponoć ludzie co lubią słodkie to dobrzy ludzie - zawsze to jakieś wytłumaczenie hihihihi!!!!!!!!! zdjęcia cudne!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ^Dobrze wiedzieć z tą dobrocią! :-)

      Usuń
  23. Jedzenie i Kosmetyki to moje dwie pasje :D Jak byłam w Berlinie nie mogłam się odkleić od jogurtowych żelek z Katjes. Mają ciekawą konsystencje. A w DM spędzałam godziny na wąchaniu i czytaniu... Wróciłabym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Katjes ma w ogóle wspaniałe żelki!

      A co do czytania w DM, to świetna sprawa, że składy kosmetyków są napisane "międzynarodowo". :-)

      Usuń
  24. genialny post! przyda się na pewno jak nie jeden Twojego autorstwa :))) aj zawsze z Niemiec przywożę chemię i słodkości właśnie :) buziaków moc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, najlepsze towary eksportowe Niemców. :-)

      Usuń
  25. Żelki mmmm moje ulubione są to jedyne słodycze którym nie potrafię się oprzeć :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Ja w Niemczech kocham tą ich modę na ekologię i sklepy z eko artykułami tak powszechnie dostępne, dla mnie to po prostu raj na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
  27. Wydaje mi się, że przywożenie z wojaży żywności ma jednak swoją przyszłość ;) Świat się coraz bardziej demokratyzuje, kosmetycznie, ciuchowo. Są internety :D Regionalne mniej czy bardziej tradycyjne specjały to jest jednak TO. Plus właśnie sklepiki ze starociami. Fajny wpis. Znajomi bywają często w Niemczech, niektórzy mieszkają tam, ale jakoś nigdy specjalnie hedonistycznie do nich nie podeszli (pomijając wiedzę o niemieckich piwach, o co wszyscy pytają ;)), więc nadrabiasz moje wiedzowe braki w tym zakresie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma. Choć w moim wykonaniu ma też bogatą przeszłość.
      Gdzie nie jadę - próbuję miejscowych przysmaków. Mogłabym objeżdżać świat jako kulinarna testerka. :-)

      Usuń